nie muszę i nie chcę być „bohaterką codzienności”
Jutro kończę 50 lat. Podobno w tym wieku człowiek powinien być już mądrzejszy – więc oto moja mądrość numer 50: nie muszę i nie chcę być już "bohaterką codzienności". To nie jest żaden życiowy upgrade ani osiągnięcie do CV. To po prostu decyzja, że teraz gram w swoją grę, a nie w cudze oczekiwania.
Niepełnosprawność często siedzi w głowie – i to nie tylko u nas, OzN*, ale przede wszystkim w tej zbiorowej. W społecznej świadomości od lat tkwią obrazy i narracje, które szepczą: "Musisz bardziej, musisz mocniej, musisz udowodnić, że nie jesteś gorsza". Z czasem stają się one więzieniem: powtarzasz sobie, że nie wystarczy być "tak samo dobrym" – trzeba być lepszym, szybszym, mądrzejszym i bardziej ambitnym. A jeśli jesteś kobietą z niepełnosprawnością, dochodzi jeszcze jedno: cudze wyobrażenie, że masz być albo wieczną dziewczynką, albo kimś w rodzaju świętej. Bo bohaterki i święte są wygodne. Można je podziwiać z dystansu, można im współczuć, ale nie trzeba ich słuchać.
Bo równość w przypadku OzN nie sprzedaje się tak dobrze, jak "historia o pokonywaniu barier". Skończysz szkołę, posprzątasz mieszkanie, zostaniesz partnerką czy matką a świat dorzuca swój "uroczy" inspiration porn: O, zrobiłaś to mimo niepełnosprawności, wow!.
Wszyscy biją brawo i lądujesz na piedestale, w gazetach jako "inspiracja miesiąca". Jakby te wszystkie zwyczajności były niczym zdobycie ośmiotysięcznika, a nie po prostu częścią ludzkiej egzystencji. W Twojej głowie pojawia się dopisek: "A gdybym zrobiła to tylko przeciętnie, to już by nie było wow? Bo „meh” to luksus zarezerwowany dla pełnosprawnych?".
Dla mnie to te same codzienne pierdoły, co u każdego – nie kolejne zawody w zdobywaniu medali "za codzienność". Życie z OzN to jak balans na linie – tylko zamiast kijków, społeczeństwo wciska ci hantelki: jedną z napisem "udowodnij, że jesteś warta", drugą "zainspiruj wszystkich swoim heroizmem". Nic dziwnego, że w końcu lecisz w dół.
Wystarczy spojrzeć na coś zupełnie zwyczajnego. Gdy 80-letnia sąsiadka z trudem, ale jednak, targa zakupy na drugie piętro, ludzie co najwyżej powiedzą jej „dzień dobry”. Nikt nie robi jej zdjęcia. Nikt nie wrzuca tego na LinkedIna z podpisem: „Prawdziwa wojowniczka! Zobacz, nie poddała się grawitacji!”. Bo starość uznaliśmy za część ludzkiego doświadczenia. Nie za inspirującą historię do sprzedania.
Kiedy czułam się, jakbym unosiła się w emocjonalnej próżni – pusta, odcięta od siebie i świata – przyszła refleksja, że coś jest nie tak. Jeszcze nie do końca ogarniałam, co. Ale miałam w sobie tyle siły, by to odkryć. Dziś wiem: nie muszę być wiecznie w trybie "wow". Nie muszę być lepsza od sprawnych, żeby zasłużyć na akceptację. Mogę być w trybie „wystarczająco”. Mogę odpuścić i być sobą, a nie jakimś projektem do udowadniania światu.
A już na pewno nie muszę zgadzać się na to, żeby robić za bohaterkę codziennych czynności. Bo niby dlaczego pranie czy wizyta u lekarza miałyby być epopeją, skoro dla pełnosprawnych to po prostu kolejna rzecz do zrobienia?
Choć...Mam wrażenie, że dla niektórych i tak zawsze będę – ale to już nie mój problem.
*OzN – Osoby z Niepełnosprawnością.

Komentarze
Prześlij komentarz