moje granice, nie mój problem

"Nie jesteś odpowiedzialna za to, co inni czują, gdy ustalasz zdrowe granice. Jesteś odpowiedzialna za to, jak się czujesz, gdy ich nie ustalasz." – N.G.Tawwab

Zauważyliście, jak często miłość własna i stawianie granic są mylone z egoizmem? Jakby troska o swoje potrzeby była czymś niewłaściwym, niemal oburzającym. Jak śmiesz dbać o siebie! 

Zastanawiam się, skąd to się bierze – z wychowania, społecznych oczekiwań, a może z wygody tych, którzy przywykli do naszej uległości?
Dlaczego to, co zdrowe i potrzebne, bywa uznawane za złe? Czemu miłość własna jest mylona z egoizmem, a stawianie granic z brakiem empatii? Czy łatwiej żyć w świecie, gdzie inni zawsze ustępują?

Sama długo nie rozumiałam, jak ważne są granice. Przez lata nie stawiałam granic. Jako osoba z niepełnosprawnością byłam od dziecka "prostowana", gdy tylko czegoś oczekiwałam lub zwracałam uwagę, że ktoś je przekracza. Miałam być "miła", nie wymagać zbyt wiele, nie mieć ambicji i wdzięczna za wszystko – nawet jeśli dostawałam za mało albo coś mi nie odpowiadało. W końcu zrozumiałam, że to mnie niszczy. Zaczęłam mówić "nie", dbać o swój czas i emocje. 

I co? Zamiast zastanowić się, dlaczego musiałam postawić granice, usłyszałam, że "zmieniłam się na gorsze", że jestem "egoistyczna" i "za dużo wymagam".

Nie jestem wyjątkiem. Osoby z niepełnosprawnością często słyszą, że nie powinny wymagać zbyt wiele, tylko być "wdzięczne" za wszystko. Gdy jednak mają ambicje, dążą do niezależności i domagają się szacunku – nagle są "niewdzięczne" albo "zarozumiałe". Jak śmią chcieć więcej? Przecież ich rolą jest potulność, a nie walka o swoje. 

Może ludzie przywykli, że uległy zawsze będzie uległy? A może to szczególnie kobiety słyszą, że mają być "miłe" i ustępować, by nie zaburzać czyjegoś komfortu? Gdy zaczynam walczyć o siebie i odrzucam to, co mi szkodzi, otoczenie jest w szoku. Jak to, przestaję być "dyżurnym dostawcą komfortu"? Nie chcę być "miła i wyrozumiała" kosztem siebie? Czy szacunek to naprawdę zbyt wiele?

Nie da się ukryć, że jako kobieta z niepełnosprawnością odczuwam podwójną presję. 

Gdy mężczyzna stawia granice, jest "asertywny" i "pewny siebie". 

A kobieta? Często "zimna", "samolubna" albo "zbyt wymagająca". Gdy do tego dochodzi niepełnosprawność, oczekiwania są jeszcze większe – mam być wdzięczna, cicha, uległa, jakby moja rola sprowadzała się do istnienia dla innych. 

Mężczyzna z niepełnosprawnością? On jakoś częściej "ma prawo" – do ambicji, związków, życia na własnych zasadach. Czy to przypadek, że kobietom z niepełnosprawnością tak trudno pozwolić na asertywność? Tak tylko myślę.

Niektórzy uważają poświęcenie dla innych za cnotę lub jedyny sposób na bycie wartościowym. Miłość własna i granice nazywają egoizmem – może dlatego, że sami nie potrafią ich stawiać albo przywykli do czyjejś uległości. Ja natomiast uważam, że stawianie granic to nie brak szacunku wobec nich, lecz szacunek dla siebie. Relacja, w której jedna ze stron ciągle rezygnuje z siebie, nie jest niczym zdrowym. 

A jeśli komuś przeszkadzają moje zdrowe granice – to już jego problem.

Komentarze

LUDZKIE MECHANIZMY

ROZPRAWKI Z TABU