Kim jestem, gdy piszę?
Jestem sobą. Tą wersją, której nie da się już uciszyć, wygładzić ani tej, która wiecznie musi się tłumaczyć z tego, że ma własne zdanie.
Pisząc, przestaję udawać. Nie zakładam „szczęśliwej twarzy” tylko dlatego, że wypada. Nie filtruję myśli pod cudze oczekiwania, bo – umówmy się – i tak zawsze znajdzie się ktoś, komu mój „bałagan” nie podpasuje. Bywam krytyczna, bywam sarkastyczna, z pewnością wrażliwa, ale zawsze jestem w tym prawdziwa.
Pisanie to mój sposób na odzyskiwanie sprawczości. To przestrzeń, w której decyduję, jak brzmi mój głos i czego nie pozwolę mu zagłuszyć. Patrzę z perspektywy kobiety z niepełnosprawnością – ale spokojnie, to nie kolejna etykietka do litości, tylko jedna z wielu prawd o mnie. Taka, która widzi świat bez retuszu.
Nie poleruję rzeczywistości na wysoki połysk. Nie sprzedaję radości w plastikowym opakowaniu.
A gdy nie „walczę” o wolność słowa?
Jestem fanką. Tą, która z pasją tropi znaczenia i rozbiera historie na części pierwsze – czasem ku utrapieniu tych, którzy chcieliby tylko „po prostu obejrzeć film lub pobujać się przy piosence”. Nie konsumuję opowieści, ja w nich grzebię. Bo bycie fanką to nie bezkrytyczny zachwyt, to odwaga, by kochać i jednocześnie punktować błędy.
Piszę, bo milczenie kosztowało mnie więcej niż szczerość. I szczerze mówiąc – pisanie z kawą w ręku (i kotem obok) jest po prostu znacznie przyjemniejsze niż duszenie w sobie sarkastycznych ripost.
Mój bałagan. I mój głos.
