kim jestem, gdy piszę?
Jestem sobą. Tą wersją, której nie da się uciszyć, wygładzić ani tej, która wiecznie musi się tłumaczyć z tego, że ma własne zdanie.
Pisząc, przestaję udawać. Nie zakładam "szczęśliwej twarzy" tylko dlatego, że wypada. Nie filtruję myśli pod cudze oczekiwania, bo – umówmy się – i tak zawsze znajdzie się ktoś, komu mój "bałagan" nie podpasuje. Bywam krytyczna, bywam sarkastyczna, z pewnością wrażliwa, ale zawsze jestem w tym prawdziwa.
Pisanie to mój sposób na odzyskiwanie sprawczości. To przestrzeń, w której decyduję, jak brzmi mój głos i czego nie pozwolę mu zagłuszyć. Patrzę z perspektywy kobiety z niepełnosprawnością – ale spokojnie, to nie kolejna etykietka do litości, tylko jedna z wielu prawd o mnie. Taka, która widzi świat bez retuszu.
Nie poleruję rzeczywistości na wysoki połysk. Nie sprzedaję radości w plastikowym opakowaniu.
A gdy nie "walczę" słowem?
Jestem fanką. Głównie Gwiezdnych wojen i do niedawna też BTS, choć nie w wersji „wszystko jest święte, bo ma logo Lucasfilm albo podpis BTS”. Interesują mnie historie, które zostawiają we mnie coś na dłużej. Czasem jest to film, czasem muzyka, czasem jedno zdanie, którego nie umiem potem wyrzucić z głowy.
Dlatego wracam do Gwiezdnych wojen i dlatego przez lata wracałam do tekstów BTS, RM-a czy AgustaD. Nie tylko dlatego, że je lubię. Bardziej dlatego, że uruchamiają pytania, skojarzenia i tropy, które chcę rozgrzebać do końca.
Nie konsumuję opowieści ot tak. Czytam między wierszami, tropię symbole, sprzeczności i momenty, w których historia mówi więcej, niż sama chyba zamierzała.
I właśnie dlatego potrafię być fanką bez robienia z fandomu religii. Mogę coś kochać i jednocześnie się z tym spierać. Mogę wrócić do historii po latach i zobaczyć ją inaczej. Dla mnie to nie zdrada zachwytu. To jego dojrzalsza wersja.
Piszę, bo pisanie z kawą w ręku (i kotem obok) jest po prostu znacznie przyjemniejsze niż duszenie w sobie sarkastycznych ripost.
Mój bałagan. I mój głos.
