osobliwość pęknięcia
"Will you color me red? Will you color me blue? Two sides of a coin and they both ain't true"– Normal BTS
Nigdy nie oczekiwałam od BTS, że będą moralnie nieskazitelnymi mężczyznami, którzy każdego ranka budzą się z pytaniem, jak uczynić świat lepszym miejscem. Uważałam ich za ludzi z talentem, którzy dzięki ciężkiej pracy odnieśli sukces. A ludzie przecież mogę mieć cechy, które niekoniecznie nadają się na inspirujący cytat na Instagramie, a jednocześnie posiadać bardzo wyraźny kręgosłup moralny. I chyba właśnie tak przez lata patrzyłam na BTS. Ale od pewnego czasu zaczynam zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem ich nie idealizowałam. Nie mam z tym szczególnego problemu, choć nie ukrywam, że czuję z tego powodu dyskomfort.
Relacja paraspołeczna to taka dyskretna sucz, która daje człowiekowi kilka elementów układanki, a mózg z radością dopowiada resztę. Szczególnie jeśli człowiek nie jest w dobrej kondycji emocjonalnej.
Po latach oglądania i słuchania artystów, którzy tworzyli treści puste niczym garnek po ulubionej zupie, zobaczyłam ludzi współpracujących z UNICEF-em. Twórczość, która mówi o samoakceptacji, presji społecznej, zdrowiu psychicznym, nierównościach, odpowiedzialności. Która potrafiła być krytyczna wobec systemu, kapitalizmu, pogoni za sukcesem czy społecznej hipokryzji. Nie dostałam wyłącznie bardzo przystojnych siedmiu facetów tańczących perfekcyjnie wyuczoną choreografię. Dostałam też bardzo konkretną narrację o tym, kim są.
A dziś widzę, że popełniłam błąd. Uznałam, że skoro ktoś potrafi dobrze mówić o wartościach, to oznacza, że według tych wartości żyje. Dzisiaj widzę, że to nie jest to samo. Widzę, że można świetnie rozumieć ideę i jednocześnie mieć ogromny problem realizacją jej we własnym życiu. Że można napisać świetny tekst o nierównościach nie zauważając własnego uprzywilejowania. Czy mówić o respekcie, a potem wygodnie wybierać sobie kogo ten szacunek obejmuje. Można nawet wierzyć w rzeczy, o których się mówi, a jednocześnie robić sobie od nich wyjątki – szczególnie, gdy wyjątek pasuje do narracji.
Ale z czasem zaczęły pojawiać się rysy, drobne. Na początku jeszcze próbujesz sobie każdą z nich wyjaśnić - jeśli człowiek jest wystarczająco przywiązany do określonego obrazu swojego idola, jego mózg może zostać pełnoetatowym działem PR.
RYSY
I nie, nie chodzi o tę nieszczęsną hulajnogę – mimo, że nie jestem zwolennikiem jeżdżenia po kilku głębszych (a wręcz uważam to za bardzo duży błąd), to ta sprawa była dla mnie z tych „no spierdolił sprawę. Ale poniósł konsekwencje jak każdy, kto zrobiłby to samo i mam nadzieję, że następnym razem przemyśli sprawę. Poza tym pusto było na chodniku”. W przypadku Yoongiego chyba bardziej mnie rozczarowała informacja o inwestowaniu w firmę Muska. Ponieważ osobowość pana M. jest dla mnie totalnie nie do przyjęcia. I uwierzcie mi, mało jest ludzi na tej planecie, o których mam tak złe zdanie jak o panu M. (i jego kolegów z branży).
Wiecie co zaczęło mi bardziej przeszkadzać? Epatowanie bogactwem, które najbardziej widziałam u Hobiego i u V czy coraz większa liczba reklam luksusowych rzeczy. I tak, ja wiem mają prawo kupić sobie luksusowe rzeczy – w końcu zapierdalali na to ciężko przez wiele lat, płacąc wysoką cenę. Ale nie każdy zachowuje się na zasadzie „o patrzcie mam złoty zegarek z diamentami”.
No i mistrzostwa świata w piłce nożnej, organizowane w kraju, który słynie z nieprzestrzegania wielu praw człowieka, na których wystąpił JK. Zwróciłam uwagę też uwagę na to, że Hobi często do tego kraju jeździł…
A kolejna rzecz… na początku nie bardzo wiedziałam o co z tym chodzi, ot Namjoon i Hobi są na kolejnej imprezie jakiejś tam. okazuje się, że jakaś tam impreza dla celebrytów to podobno impreza charytatywna, której celem miało być szerzenie wiedzy o raku piersi. Problem polega na tym, że to bardziej wyglądało na zwykłe celebryckie lansowanie się i zabawę kosztem chorych. I oczywiście można powiedzieć, że organizator zawalił. Ale czy przypadkiem nie pojawiły się tam dorosłe osoby, które mają wolną wolę, swój mózg? No przynajmniej powinni. Czułam się zawiedziona, że w żaden sposób nie okazali jakiejkolwiek troski o swój fandom, który w 90% składa się z kobiet – tej części ludzkości, której problem raka piersi raczej dotyczy w niestety przeważającej większości.
Zorientowałam się też, że już wcześniej coś mi nie grało – tylko ten głupi fanowski umysł dziwnie sobie to tłumaczył.
Aż przyszedł rok 2026. Ich najnowsza płyta… na początku czułam zaintrygowanie, ale nie ukrywam, że co jakiś czas pojawiały się malutkie redflagi. Najpierw było „ale po co nagrywają w USA??”, potem „ale, że co? Serio w ich spocie, który pokazuje Uniwersytet słynący z tego, że pozwalał uczyć się tam osobom nie białym tych nie białych nie ma???” Potem wyskoczyła informacja, że przy albumie pracowały osoby, które delikatnie mówiąc z moralnością i szacunkiem wobec kobiet to niewiele mają wspólnego. Fuck, serio?
Jasne, można powiedzieć: decyzja wytwórni a zlecenie wyprodukowania piosenki nie musi być równoznaczna z tym, że członkowie zespołu się z nim przyjaźnią. Choć widząc niektóre sceny miałam ogromny niesmak.
I to zaczynało być dla mnie za dużo - mimo, że chciałam kupić płytę, to tego nie zrobiłam. Nie dlatego, że nie podoba mi się muzyka na niej, bo są tam piosenki, które naprawdę lubię. Nie potrzebuję jednak udawać, że skoro coś mi się podoba, to moim obowiązkiem jest to coś nabyć. Tym bardziej, jeśli czuję, iż kupienie tego byłoby sprzeczne z moimi zasadami.
A na dokładkę, całkiem niedawno dostaliśmy kolejny klocek w układance – zachwycanie się i lansowanie się z artystą a właściwie artystami, którzy mają „ciekawą” przeszłość związaną z przemocą wobec kobiet (choć nie tylko) …
I tak okazuje się, że nie patrzysz już na pojedynczą rysę, lecz na wzór. Że „nikt nie jest idealny” przestaje być przypomnieniem o ludzkiej niedoskonałości, a zaczyna być bilecikiem do nie stawiać żadnych granic. Dowiadujesz się, że stawiając granice jesteś parasocjalną osobą, że jesteś śmieciem, bo decydujesz się nie wspierać dalej tego teatrzyku. Bo istnieją zachowania i decyzje, które nie mówią już wyłącznie: „jestem człowiekiem i popełniłem błąd” a zaczynają mówić „to nie jest dla mnie aż tak ważne, jak sądziłeś”.
Pobicie kogoś, atak na tle seksualnym nie jest hulajnogą, nie jest zapaleniem papierosów, nie jest pokazaniem fucka na live`ie będąc pijanym w 4 litery. Ale współpracowanie i pokazywanie się z przemocowcami nie mieści mi się w tej samej szufladzie.
ILUZJA
I to już jest dla mnie informacja, która nasunęła mi niezbyt przyjemną myśl: czy to wszystko było marketingiem? Czy nie obserwowałam czegoś, czego obawiałam się tak naprawdę najbardziej stając się ich fanką. Nie nagłą metamorfozę osób, które uważałam za wartościowe w czarne charaktery a powolne przesuwanie granic.
Z przekonania, iż przemoc to zło na robienie wyjątków dla ludzi, których lubi. Z krytykowania kapitalizmu na przyzwyczajenie się do luksusu, który jest skutkiem kapitalizmu. Z opowiadania o presji systemu, dopóki sam znajduje się na dole tego systemu, by potem nie zauważyć, że po latach siedzi już na jego szczycie.
Znów mam wrażenie, że sukces i bogactwo zmienia człowieka. Przestajesz być osobą, która musi dopasować się do pokoju. Pokój zaczyna dopasowywać się do ciebie. Błędy są łagodzone przez sztab ludzi. Coraz mniej osób ma interes w tym, żeby powiedzieć ci: „Stary, to naprawdę wygląda źle”. Możliwe, że wystarczy przez kilka lat coraz częściej słyszeć „tak” by nagle przestać przypominać siebie.
Czy sława ich zmieniła? Być może i odnoszę wrażenie, że pieniądze rzeczywiście trochę za bardzo weszły im do głowy i sprawiły, że zaczęli tracić kontakt z perspektywą ludzi, którymi kiedyś byli. Ale byłabym naprawdę niesprawiedliwa, gdybym uważała, że tylko zrobiła z nich tych, których krytykowali na początku drogi na szczyt. Bo jestem świadoma, że sława to też „złota klatka” i wiele bardzo nieprzyjemnych rzeczy, o których może kiedyś napiszę.
A może zawsze mieli pewne ślepe plamy, tylko wcześniej nie znajdowali się w sytuacjach, które pozwalały je zobaczyć? Być może, tego nie jestem pewna. Ale jestem pewna tego, że zmienił się mój obraz ich.
Bo kiedy obserwujemy kogoś przez ekran, nigdy nie wiemy, czy właśnie patrzymy na zmianę człowieka, czy dopiero dostajemy dostęp do części, której wcześniej nie widzieliśmy.
Może nie byłam tak odporna na tę machinę i pomyliłam człowieka z jego scenicznym wizerunkiem? Pewnie częściowo tak. Ale prawda jest taka, że dużą odpowiedzialność za to ma przemysł k-popowy, który przede wszystkim sprzedaje iluzję człowieka i dostępu do niego. A potem, kiedy coś nie pasuje, słyszy: „Przecież ich nie znacie”. O taki sprytny mechanizm, który zapomina o tym, że przez x lat bardzo ciężko pracował, żebyśmy mieli wrażenie, że znamy. Bo trochę trudno z jednej strony sprzedawać bliskość przy jednoczesnym dystansie.
Mogłabym teraz urządzić sobie rytualne biczowanie pod hasłem „głupia fanka uwierzyła idolom”, ale byłoby to równie uczciwe, co powiedzenie zmanipulowanemu przez sztab marketingowców klientowi, że sam jest sobie winien, skoro uwierzył reklamie z zielonym listkiem. Bo relacja parasocjalna, która układana jest przez równie wielki (jak nie większy) sztab specjalistów jest ogromną pułapką – szczególnie, jeśli zmagasz się z problemami, które zaczynają Ciebie przerastać.
Jest mi trudno obecnie, ponieważ niektóre ich piosenki trafiały we mnie w momentach, kiedy naprawdę tego potrzebowałam. To, co poczułam dzięki tej muzyce, było moje – moje emocje, moje refleksje. Ich zachowanie nie odebrało mi tego wszystkiego. I z jednej strony są dalej dla mnie ważne i dalej uważam, że wiele tekstów ich piosenek jest świetnych - mimo tego, że zmieniłam zdanie o ludziach, którzy je stworzyli. Ale z drugiej w pewien sposób czuje się zdradzona i zmanipulowana. Zaczęłam się zastanawiać na ile te piosenki są tym, co sądziłam, że są. Na ile teksty tych piosenek są faktycznie odzwierciedleniem ich przekonań, emocji a na ile tekstem, który po prostu musi być napisany, bo przecież robota się sama nie zrobi.
FANDOM NAPRAWI
W całej tej historii jest jeszcze coś co zaczęło mnie mocno zastanawiać. Za każdym razem, gdy wydarza się coś, co może zagrażać ich wizerunkowi, część fandomu próbuje odpowiedzieć czymś dobrym. Po kontrowersji związanej z Love Your W pojawiały się zbiórki i teraz, po sprawie z CB znów widzę zbiórki na rzecz pomagania kobietom dotkniętym przemocą. I sama pomoc jest czymś dobrym, bo jeśli pieniądze uzbierane dzięki takim zbiórkom trafiają do potrzebujących, to trudno uznać to za problem. Przyznam, że kiedy byłam w fandomie czułam się naprawdę dumna, że należę do społeczności, która pomaga potrzebującym – czy to ludziom czy zwierzętom. Tego Army naprawdę nie mogę odmówić. Niemniej, problem zaczyna się wtedy, kiedy dobro poczynione przez fanów zaczyna służyć jako moralna tarcza twórcy czy zaczyna pracować na reputację artysty. Choć z przykrością powiem, że tak właśnie zaczyna to mi wyglądać w obecnej sytuacji związanej z uwielbieniem i niejako wsparciem artystów, którzy o moralności co najwyżej czytali.
Dziwne przesunięcie odpowiedzialności: artysta wywołuje kontrowersję i milczy a moralny kapitał odbudowują w jego imieniu fani. I to milczenie – w obu przypadkach, zarówno po Love Your W, jak i po tym spotkaniu z tymi artystami – jest dla mnie chyba najbardziej przykre. Tym bardziej, że przy dużo mniejszych problemach BTS bez problemu komentowało sytuacje, albo je wyjaśniając, albo przepraszając. Tylko nie wiem, czy obecnie coś by to jeszcze zmieniło w moich odczuciach.
MYŚLAŁAM, ŻE SĄ INNI
Myślałam, że są inni. Nie bez wad. Sądziłam, że pod całą tą presją, sławą i zwyczajnymi ludzkimi ułomnościami jest jakiś stały punkt - kręgosłup. Coś, czego nie sprzedaje się za dostęp do odpowiednich ludzi, prestiż, muzyczne znajomości czy wygodę. Być może nadal on tam jest. A może jest znacznie bardziej elastyczny niż chciałam wierzyć.
Tego nie wiem, ale wiem, że mam prawo nie zgadzać się z ich decyzjami. Że mam prawo odejść, jeśli uznam, że te decyzje zbyt mocno naruszają moje standardy. Z czego w sumie skorzystałam po tym jak pewna osoba nazwała mnie śmieciem, gdy wyraziłam swoje rozczarowanie. Poza tym – nie można najpierw mówić, że czyjaś twórczość obrazuje jego poglądy a potem, kiedy następuje krytyka radośnie stwierdzić, że „można oddzielić dzieło od artysty”. Gdyby tak było to bez problemu w radiu powinny lecieć piosenki R.Kellego – no a z jakiegoś powodu tego nie doświadczamy. A wiecie czemu? Bo wszystko ma swoje granice.
Paradoksalnie, to co czuję moim zdaniem doskonale opisał Namjoon w tekście "Singularity", który śpiewa V. Dla mnie ta piosenka zawsze była o momencie, w którym orientujemy się, że mówimy nie własnym głosem, a relacja, którą zbudowaliśmy nie jest tym, czym nam się wydawało. I dlatego właśnie zdecydowałam się na "osobliwość pęknięcia" - to jest ten sam moment, z tą różnicą, że u mnie pęka coś innego.
Czy przestałam lubić BTS? Nie wiem. Nie krzyczałam na forach, że są złymi ludźmi, jedynie co to powiedziałam, że się zawiodłam. I nie zależy mi też na tym, aby ich nienawidzić – bo to przechodzenie z jednej skrajności w drugą. Idealizacja i demonizacja (parafrazując ich piosenkę) są dwiema stronami tej samej monety a to dla mnie jest odbieraniem człowiekowi złożoności. Za to na razie postanowiłam sobie „ich odstawić”, bo przestałam być pewna, kim są.

Komentarze
Prześlij komentarz