musimy się spotkać… nigdy
„Musimy się kiedyś spotkać” – te słowa brzmią jak paczka nasion wręczona z obietnicą, że wyrośnie z nich bujny ogród. Problem w tym, że większość ludzi rzuca te nasiona na ziemię i odchodzi. Bez podlewania, bez troski, bez powrotu.
W moim życiu wyrosło wiele takich pączków, które zdawały się mieć szansę pięknie rozkwitnąć.
✦
Pierwszym kwiatem była przyjaźń z mężczyzną, która okazała się boleśniejsza niż różany kolec wbijający się w palec, gdy zbyt mocno trzymasz w ręku różę. Poznałam go wiele lat temu, szybko zaczęłam traktować jak przyjaciela. Spędzaliśmy godziny na rozmowach, wierzyłam, że mogę mu ufać. Z czasem pojawiły się między nami piękne słowa, obietnice, plany. A potem prawda uderzyła jak grad: wszystko to było tylko grą, zagrywką, by wzbudzić zazdrość u innej kobiety.
Kiedy go skonfrontowałam, zamiast przeprosin usłyszałam: „nienawidzę cię”. Odcięłam się, ale po pewnym czasie wrócił – tym razem z szantażem, że zniszczy mi pracę, jeśli nie dam mu kolejnej szansy.
Od tamtej pory długo zadawałam sobie pytanie: czy mogę jeszcze kogoś nazwać przyjacielem?
✦
Była osoba, która potrafiła przyjechać, gdy dzwoniłam z płaczem. Prawdziwy gest troski, który bardzo ceniłam. Ale gdy jej życie skręciło w nową stronę, stałam się ogrodnikiem na pełen etat – to ja podlewałam, ja dawałam uwagę, ja angażowałam się w jej zmartwienia. W zamian dostawałam zdawkowe słowa zainteresowania, rzucone jak obowiązkowa formułka, po których wracało „a u mnie…”, „bo ja…”.
Pamiętam jej entuzjazm, gdy pisała, że przyjeżdża na kilka dni do Polski – spotkanie ze mną miało być oczywistością, niemal świętem. A jednak nie nadeszło. Nie było „przepraszam”, tylko cisza. A gdy w końcu odważyłam się powiedzieć „mam dość”, usłyszałam zdziwione: „ale o co ci chodzi?”. I właśnie dlatego jej zdziwienie bolało jeszcze mocniej. Pąk przyjaźni zwiędł na zawsze.
✦
Była też inna część mojego ogrodu, zbudowana na pasji – rozmowy, które się od niej zaczynały, a kończyły na życiowych pogaduszkach. Po wielu latach zaczęłam sobie zadawać pytanie: „Czy to jest osoba, dzięki której znów mogę powiedzieć: mój przyjaciel?”. Ale z czasem dostrzegłam, że to ja podlewam ten kwiat, podczas gdy ona troszczy się o inny ogród. Zostawiając mnie z pytaniem: czy kiedykolwiek była przy naszym kwiecie?
Czułam się jak projekt charytatywny rzucony w kąt – chwilami doceniana zdawkowymi gestami, ale pozbawiona tego, co w relacji jest najważniejsze: autentycznej obecności. Bo prawdziwe relacje nie polegają wyłącznie na wsparciu finansowym czy wysyłaniu – jakby z automatu – kartek z podróży. Po niedawnej konfrontacji kwiat opadł bezpowrotnie.
✦
Były też części ogrodu pełne śmiechu, wspólnych rozmów, memów i ekscytacji. Myślałam, że przetrwają dłużej niż pasja, która je zrodziła. A jednak nie. Najbardziej bolało nawet nie to, że zostałam zostawiona, ale słowa, że osoby te straciły zainteresowanie naszą relacją, bo nie podzielają już tej wspólnej pasji. Jakby moja osoba była tylko dodatkiem do wspólnego hobby. I kolejne pąki relacji wyschły, zanim zdążyły zakwitnąć.
Tak z czasem ogród, który miał być pełen życia, zaczął pustoszeć. Każdy suchy badyl przypominał mi, że nasiona i kwiaty potrzebują wspólnego podlewania, by mogły rozkwitnąć. Żadna relacja nie rozkwitnie, jeśli podlewa ją tylko jedna osoba.
Dziś stoję w ogrodzie zwanym przyjaźń, wśród ruin, bez maski i złudzeń, mówiąc: „żegnajcie”. Uczę się pielęgnować najważniejszy kwiat w tym ogrodzie – siebie.
lista kontaktów
pełna nieobecnych dusz
wszyscy „kiedyś tam”

Komentarze
Prześlij komentarz