jak kobietę (nie) trzeba ratować przed światem
„On obroni cię przed wszystkim. Także przed tobą” – Bałaganiara
Oglądając którąś z kolei kdramę zaczęłam mieć dziwne uczucie dyskomfortu. Niby wszystko ładnie pięknie on ją otula kurtką, by ochronić przed zimnem lub deszczem, odwozi do domu, gotuje dla niej ryżowe kulki i z troską w oczach i tym czułym skinieniem głowy, które mówi: „Nie martw się, ja się tobą zajmę, kruszynko.”. W sumie też niekoniecznie podnosi głos nawet jak ona strąci łokciem jedną z najdroższych waz z epoki bardzo dawnej.
I tak siedzisz przed ekranem rozdarta. Z jednej strony myślisz sobie „och jakbym chciała mieć obok siebie taki męski egzemplarz” a po chwili Twoja kobieca intuicja (ta bicz-feministka) walnie ci między oczy pytaniem „czy ja właśnie oglądam szowinizm w satynowych rękawiczkach?”. I nie, problemem nie jest kurtka, parasol ani odwiezienie kogoś do domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy troska dostaje własne prawo jazdy i rusza bez zgody pasażerki. Kiedy „pomogę ci” zmienia się w „ja wiem lepiej”. Kiedy mężczyzna przestaje być partnerem, a zaczyna pełnić funkcję jednoosobowego zarządu nad cudzym życiem.
I wtedy zaczynasz łączyć wątki i zauważać, kiedy „on wie lepiej”, kiedy ona mówi „nie” a on i tak ją całuje krusząc jej serce (które przecież sługą nie jest). I chyba przestaje rozczulać cię scena, w której on, któryś dzień z rzędu, siedzi na przystanku pod jej domem, czekając aż ona „się odobrazi”. No i zaczynasz się zastanawiać czy to, że on robi wszystko za nią, to aby na pewno jest dlatego „żeby nie musiała się martwić”.
Kdramowa bohaterka jest praktycznie zawsze albo tą kruchą, pogubioną, którą trzeba prowadzić za rączkę. Albo jakąś samotną korposzefową, która z braku rodzicielskiej miłości ma zatwardziałe serce czekające na księcia, który dostrzeże, że to serce tak naprawdę jest z angory yy znaczy czekające na ciepło miłości tego jedynego. Ale nie… nie żeby każdy mógł to robić, to musi być ON. Ten książę na ruma…a przepraszam w najnowszym modelu samochodu za pięcioletnią wypłatę jego pracowników (no bo przecież to nie może być jakiś tam sprzedawca z osiedlowego sklepiku) co wprowadza porządek w jej chaos. Albo i też sprzedawca czy inny z niższego szczebla mężczyzna, w którym zakochała się pani szefowa wielkiej rodzinnej firmy. Tylko On zasługuje na jej miłość, bo się starał i troszczył cierpiąc w ciszy.
Z czasem zaczyna trochę męczyć ten emocjonalny program lojalnościowy „uzbieraj 10 dobrych uczynków, a dostaniesz dziewczynę gratis”, bo coś łatwo miłość staje się w tych historiach eleganckim usprawiedliwieniem do tego, by ktoś (w sensie mężczyzna) zaczął urządzać ci życie.
I owszem, uwielbiam „It’s Okay to Not Be Okay”, „My Demon” czy „Mr. Plankton”, mimo że widzę w nich rzeczy, które mnie uwierają. Pierwsza świetnie pokazuje traumę, samotność i emocjonalne uwikłanie, druga bawi się fantazją o mężczyźnie, który może ochronić cię niemal przed wszystkim, a trzecia pokazuje, jak łatwo pomylić intensywność z wyjątkowością relacji. To wszystko nie sprawia, że są złe. Tylko, że można je uwielbiać i jednocześnie nie wyłączać przy oglądaniu własnego radaru na rzeczy, których nie tolerujemy.
Nie chodzi o to, żeby przestać oglądać k-dramy i spalić ołtarzyk z ulubionym aktorem (choć niektórzy w realu właśnie się o to proszą). Chodzi o to, żeby nie traktować fikcji jak instrukcji. Nie można też rzucić wszystko i radośnie polecieć do Korei w poszukiwaniu swojego Demona czy kogo tam. Bo nie wszystko, co pięknie wygląda, jest pięknem. To niestety kraj, w którym mężczyźni niekoniecznie zostali wychowani w duchu partnerstwa. I owszem, czasem fajnie, gdy partner zadecyduje za nas o czymś. Ale gdy to jest zbyt często, to kurcze jakby to no nie, nie ze mną tak.
Nie będę też udawać, że każdy facet w Korei to zły koleś – jasne, że nie. Nie mniej, różnica między tym, co pokazują dramaty, a tym, jak wygląda życie codzienne, może być spora. Zwłaszcza gdy ktoś wchodzi w relację, oczekując kogoś „jak z serialu”, a trafia na kogoś, kto ma bardzo konkretne oczekiwania wobec roli kobiety w związku – i niekoniecznie są one partnerskie.
A ja chyba zanim polecę szukać swojego kdramowego księcia – upewnię się, że szukam partnera, a nie reżysera własnego życia.
%20trzeba%20ratowa%C4%87%20przed%20%C5%9Bwiatem.png)
Komentarze
Prześlij komentarz