adopcja bez instrukcji obsługi

Grafika z tytułem wpisu: adopcja bez instrukcji obsługi
"Adopcja to obietnica, którą składa się sercem, nie tylko podpisem" – Bałaganiara


Czasem trafiam na posty fundacji, w których informuje ona, że wróciło z adopcji jakieś zwierzę.  Co trochę brzmi dla mnie tak, jakby mówili o nieudanym zakupie butów przez Internet – coś nie pasowało, więc odsyłamy. Tylko że ten "produkt" ma serce, emocje, i nie za bardzo ogarnia, dlaczego nagle znowu jest "z powrotem".

Mam wrażenie, że wiele takich zwrotów wynika z tego, że decyzje o adopcji podejmowane są na szybko, pod wpływem emocji i bez solidnego przygotowania na zasadzie "ten kotek wygląda na miłego, bierzemy". Fundacje oczywiście zaznaczają w postach adopcyjnych, że wymagana jest ankieta i wizyta pracownika fundacji w potencjalnym domu.  Nie mniej rzadko spotykam się na tych fanpagach z edukacją przyszłych opiekunów, czym tak naprawdę jest opieka nad zwierzęciem, że zwierzę nie jest jedynie milutkim żywym pluszakiem do przytulania. A patrzę na to z perspektywy kilkunastoletniej opiekunki kotów.

Opieka nad zwierzęciem to coś więcej niż tylko zapewnienie miski z wodą i jedzeniem, miękkiego legowiska czy wymiana żwirku albo regularne wychodzeniem z pieskiem, aby załatwił swoje potrzeby. Jest pełnoprawną istotą z potrzebami emocjonalnymi, która im jest starsza, tym bardziej będzie wymagać opieki weterynaryjnej. Istotą, która nie sika na pościel złośliwie, lecz najpewniej może mu coś dolegać. Zamiast pomyśleć "może to stres albo chory pęcherz", często "opiekunowie" karcą biednego kota, powodując zwielokrotnienie problemu. Ogólnie przeraża mnie też przekonanie, że na wszystko rozwiązaniem jest tzw. dokocenie. No tak, jak my mamy zapalenie pęcherza, to idziemy do znajomych, aby się wyleczyć – czyż nie?

Rozumiem, że fundacje są często tak skupione na ratowaniu zwierząt, że brakuje im czasu i ludzi na edukację. A wyjaśnienie, że kot nie sika na pościel złośliwie, wymaga więcej niż jednego posta i (nie ukrywajmy) edukacyjnego zacięcia. Tego właśnie brakuje — uświadamiania, że adopcja to nie tylko podpisanie kawałka papieru, założenia siatki na oknach. Adopcja powinna zacząć się od zrozumienia, co ona tak naprawdę znaczy. 

Jasne, że są behawioryści czy doświadczeni opiekunowie, którzy czasem coś doradzą. Nie mniej z tego, co zauważyłam, na grupach dla opiekunów kotów, zwykle pojawiają się "w życiu kota", gdy problem jest na naprawdę zaawansowanym etapie, a nie wtedy, gdy ktoś dopiero planuje przygarnąć futro z bagażem przeżyć.

Adopcja to nie jest nagroda za dobre serduszko. To codzienne decyzje, obowiązki, czasem dylematy i sporo kosztów. I tak to wspaniałe, kiedy ktoś daje dom zwierzakowi, którego nikt nie chciał, ale nie zapominajmy, że to też odpowiedzialność, a nie tylko wzruszające selfie z podpisem "nasz nowy członek rodziny".

Być może, gdyby instytucje zajmujące się szukaniem nowych domów dla zwierząt bardziej przyłożyły się do edukacji, może wtedy mniej byłoby "zwrotów". Nie dlatego, że problemy magicznie by zniknęły. Tylko dlatego, że ludzie przestaliby je traktować jak żywe próbki z katalogu z ofertą "przetestuj w domu, zwróć, jeśli nie działa".

Komentarze

POLECAM

ROZPRAWKI Z TABU

ZAWODOWE OSOBLIWOŚCI

Polityka prywatności