instrukcja braku szacunku
Od dawna chciałam napisać tekst o tym, dlaczego słowa "kaleka" i "inwalida" są w moim odczuciu czymś, co nie powinno istnieć. O tym, że nie są neutralne, że niosą w sobie pogardę, litość i odczłowieczenie. Chciałam go napisać jako osoba z niepełnosprawnością, będąca częścią tego środowiska - nie z pozycji obserwatora z zewnątrz. Z doświadczenia, nie z teorii. I właśnie dlatego uważam, że mam prawo nazwać ten mechanizm wprost.
I w końcu, dzięki dyskusji, którą niedawno widziałam przysiadłam do niego. Bo przekonałam się, że ten temat wciąż jest ważny i powinien być poruszany. Chociażby dlatego, że my sami (OzN) używamy ich wobec siebie, wysyłając światu bardzo czytelny sygnał: "możesz mnie nie szanować, bo sam siebie nie szanuję".
Słowa "kaleka", "inwalida" czy pejoratywne użycie określenia "Down" w moim odczuciu sprowadzają człowieka do defektu, do braku, do problemu, którym ktoś musi się zająć, lub który można pominąć i udawać, że nie istnieje. I łatwiej to dostrzec, gdy używa ich osoba pełnosprawna niż wtedy, gdy używa ich OzN. W pierwszym przypadku wyraźnie wyczuwamy pogardę. Ale drugim, z niezrozumiałych dla mnie powodów, ta (auto)pogarda zamienia się w autonomię czy prawo do nazywania siebie.
To, co widzę w takich wypowiedziach OzN, nie jest (tak jak się to tym osobom wydaje) buntem ani wolnością. Nie jest też byciem bez kija w tyłku czy osobą z dystansem do siebie. Widzę w nich utożsamianie się z byciem gorszym. Światem, w którym wiele OzN dorastało - pełnym nadopiekuńczości, kontroli. Takim, w którym od dziecka słyszało się, że jest się "problemem", "ciężarem", "kimś, kim trzeba się zająć". Że nie ma się prawa czuć dobrze ze sobą, bo przecież "jest się wybrakowanym". Być może jest to język przetrwania, ale z pewnością to nie jest język godności.
Nie mniej, wydaje mi się, że czas zrozumieć, że jeśli sami ustawiamy się w roli wybrakowanych, system bardzo chętnie to podchwyci – będzie mu to na rękę, bo wtedy nie będzie musiał zauważać potrzeb tej "kaleki" ani jej podmiotowości. Bo język, którego używamy wobec siebie, nie zatrzymuje się na poziomie rozmów w zamkniętym środowisku. Często wychodzi on na zewnątrz i zaczyna działać jak instrukcja obsługi relacji. Świat nie analizuje naszych intencji, tylko reaguje na komunikaty.
Później ci sami, którzy mówią o sobie "kaleka" czy "inwalida", są zaskoczeni tym, że świat ich nie szanuje. Że pracują za najniższą krajową mimo wysokich kwalifikacji i równie wysokich wymagań pracodawców. Że podjazdy są nieodśnieżone. Że na przejściach brakuje sygnałów dźwiękowych. Że ktoś popycha osobę niedowidzącą wprost pod koła samochodu „dla fun`u". Że system ich nie widzi i nie bierze na poważnie.
Tak – to wszystko jest przemocą systemową. Ale zanim zapytamy po raz kolejny: "dlaczego świat nas nie szanuje i nie liczy się z naszymi potrzebami?", warto zadać sobie ważniejsze pytanie: jaki obraz nas samych ten świat dostaje od nas na co dzień?
Jeśli mówimy o sobie jak o defekcie, jak o kimś gorszym, nie możemy być zaskoczeni, że system dokładnie tak nas traktuje. Język nie jest tylko opisem rzeczywistości. Jest też instrukcją pt. "traktuj tę osobę tak, jak ona mówi o sobie".
Dlatego tak bardzo nie podoba mi się argument "to tylko słowo" albo "jest w słowniku". Cóż… w słowniku są też inne słowa, które pejoratywnie określają człowieka. A jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie używa tych słów tak po prostu, bez konsekwencji. Słownik rejestruje język, ale nie zdejmuje z nas odpowiedzialności za to, jak go używamy. Jeśli nazywasz siebie "kaleką", bo słownik na to pozwala, to tak naprawdę mówisz: "pozwalam ci gardzić mną, bo masz na to certyfikat".
Na terapii uczymy się, by nie mówić i nie myśleć o sobie jak o śmieciach, nieudacznikach czy problemach – bez względu na sprawność, kolor skóry czy jakąkolwiek cechę. Uczymy się tego, że mózg bierze język na serio. Jeśli to działa wobec osób bez doświadczenia systemowego wykluczenia, to tym bardziej działa wobec tych, którym podmiotowość odbierano latami.
Będę mówić "osoba z niepełnosprawnością", nawet jeśli ktoś będzie mi próbować wmówić, że to jest językowy fikołek, który jest ładniejszy, modny czy poprawniejszy politycznie. Bo dla mnie to jest deklaracja: najpierw jest osoba, a jej (nie)sprawność to tylko jedna z wielu cech – wielu sytuacjach mało istotna. Oddziela mnie od mojej niepełnosprawności.
I jeśli ten tekst kogoś zaboli, zdenerwuje albo wywoła opór – trudno. Nie mniej, zaznaczę, że jest on jedynie refleksją nad mechanizmem, a nie obwinianiem ofiar.

Komentarze
Prześlij komentarz