zostańmy przyjaciółmi i inne kłamstewka
Mężczyźni, których poznałam do tej pory, przekonywali mnie, że ani wygląd, ani fakt, że jestem OzN, nie mają dla nich znaczenia… przynajmniej do czasu, aż mnie zobaczyli. Wtedy nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ich zachowanie zmieniało się o 180 stopni. Ci, którzy jeszcze chwilę temu snuli piękne wizje wspólnej przyszłości, nagle znikają szybciej niż moje złudzenia - wystarczyło, że dowiedzieli się, że poruszam się na wózku. I teraz pytanie: skoro to "nie ma znaczenia", to skąd takie zachowania jakby jednak miało znaczenie? Czy powiedzenie wprost: "Słuchaj, to jednak nie dla mnie" jest aż tak trudne? To naprawdę wyczyn na poziomie wejścia na Everest? Ja odnoszę wrażenie, że dla nich łatwiejsze jest zapadnięcie się pod ziemię i robienie z własnej gęby szmaty.
A jeśli już zostawali, to mieli inny sposób na ucieczkę - mniej dosłowny, ale równie irytujący, czyli klasyk nad klasykami "zostańmy przyjaciółmi", które zawsze pojawia się po odkryciu "szokującej prawdy" o mojej niepełnosprawności. Przed spotkaniem: adoracja jak z filmów romantycznych. Po spotkaniu: "Jesteś super, ale… zostańmy przyjaciółmi". Dla mnie to nie żadna propozycja przyjaźni, tylko sposób na zagłuszenie sumienia i próby zachowania ostatek honoru. Bo gdzieś tam w głowie pewnie tłucze się myśl: "Cholera, zachowałem się jak dupek, ale jeśli rzucę tekstem o przyjaźni, to może nie wyjdę na kompletnego hipokrytę". Gdyby tylko kończyło się na „bądźmy przyjaciółmi” to może jeszcze pół biedy. Nie mniej, nie zliczę, ile razy te deklaracje kończyły się magicznym zniknięciem niczym Statua wolności w przedstawieniu Dawida Copperfielda.
I na koniec...
Nie oczekuję cudów. Nie wymagam, by każdy był gotów zmierzyć się z moją rzeczywistością - ale czy szacunek i szczerość to naprawdę za dużo? I rozumiem, że każdy ma swoje oczekiwania względem związku czy tej drugiej połówki i ma prawo nie czuć się na siłach, by wiązać się z osobą z niepełnosprawnością. Dla mnie ktoś, kto najpierw obiecuje się odezwać, a potem milczy, mówi więcej o sobie niż o mnie. Niemniej jednak, to nadal boli.
I czy naprawdę tak trudno powiedzieć prawdę zamiast udawać, że nic się nie zmieniło? Bo wiecie… niepełnosprawność nie boli. Kłamstwa - owszem.

Komentarze
Prześlij komentarz