bajeczna toksyczność

 „Czerwone flagi też mogą wyglądać bajecznie, jeśli odpowiednio dobrze je oświetlić." - Bałaganiara


Bajki. Magiczne historie, które rozwijają wyobraźnię, uczą dobra, pokazują, że miłość zwycięża, a zło zostaje ukarane. Brzmi niewinnie, prawda?

Ale zanim w przypływie nostalgii zaczniesz przytakiwać, pozwól, że trochę popsuję tę bajkową sielankę.

Bo kiedy zdejmiemy z niej czary, zamki i obowiązkowe „żyli długo i szczęśliwie", okazuje się, że w tych historiach dzieją się rzeczy co najmniej osobliwe. Kobiety tracą głos dla miłości, inne są więzione przez przyszłych ukochanych, nieprzytomne księżniczki bywają całowane bez pytania, dzieci porzucane, starsze kobiety regularnie przechodzą na etat wiedźmy, a ojcowie potrafią wykazywać tak spektakularną bierność, że człowiek zaczyna podejrzewać, iż byli elementem wyposażenia zamku.

I wszystko byłoby może tylko historyczną ciekawostką, gdyby nie to, że wiele tych schematów bardzo długo wędrowało dalej razem z nami.

Oddaj głos, wtedy znajdziesz miłość

Pamiętasz Małą Syrenkę? Tak, tę dziewczynę, która za szansę na miłość oddaje jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie ma: własny głos. W dosłownym sensie.

Nie chcę się czepiać szczegółów, ale jeśli romantyczna historia zaczyna się od „zrezygnuj z możliwości mówienia, porzuć swój świat i zmień siebie dla mężczyzny, który właściwie cię nie zna", to może jednak warto zatrzymać się na chwilę przed słowem „romantyczna".

W bajkach kobiece poświęcenie dziwnie często urasta do rangi najwyższej cnoty. Kochasz? Poświęć się. Kochasz bardziej? Poświęć się bardziej. A jeśli przy okazji stracisz kawałek siebie, najwyraźniej świadczy to tylko o głębokości uczucia. Cóż za cudowna lekcja dla dziewczynek, które później przez lata muszą się dopiero oduczać tego, że nie mają prawa powiedzieć „nie", że ich zdanie to nie fanaberia, a miłość nie wymaga rezygnacji z własnej osobowości.

Cierpienie bohaterki zostaje przedstawione jako coś moralnie pięknego. Nie granice czy wyjście z sytuacji, która ją krzywdzi. Lecz wytrwanie w cierpieniu.

Kobieto, wytrzymaj. Może dostaniesz księcia

Kopciuszek przez lata znosi przemoc i upokorzenie. Nie buntuje się, nie szuka realnej pomocy, nie próbuje wydostać się z sytuacji. Czeka. I w końcu zostaje nagrodzony. Przepraszam: zostaje nagrodzona księciem, który zna ją właściwie z jednego wieczoru, a mimo to radośnie oznajmia, że jest kobietą jego życia, którą próbuje odnaleźć metodą polegającą na wkładaniu wszystkim mieszkankom królestwa tego samego buta. Najwyraźniej komunikacja interpersonalna była wtedy jeszcze we wczesnej fazie rozwoju.

Ale to nie książę jest tutaj najciekawszy. Ciekawsze jest to, że Kopciuszek jest dobrą bohaterką między innymi dlatego, że dobrze znosi swój nieciekawy los. Bez złości i stawiania granic, które mogłyby przecież być całkiem naturalną reakcją na to, jak źle jesteśmy traktowani. Może właśnie dlatego opowieści o kobiecym poświęceniu są tak podstępne. Nie mówią wprost: „pozwól się krzywdzić" lecz bardziej elegancko: „Wytrzymaj. To świadczy o twoim charakterze".

Tylko dlaczego cierpiąca kobieta miałaby być moralnie piękniejsza od tej, która pewnego dnia mówi: „mam dość" i wychodzi?

Zgoda w wersji demo, czyli romantyzm dla zaawansowanych

Nie zapominajmy też o Śpiącej Królewnie i Królewnie Śnieżce, czyli klasycznych przykładach bajkowej „zgody domniemanej".

Co my tu mamy?

Całowanie śpiącej albo nieprzytomnej kobiety bez jej świadomej zgody? Bingo.

Naruszenie jej granic przedstawione jako romantyczny gest? Bingo.

Mężczyzna podejmuje decyzję, bo przecież wie lepiej, czego potrzebuje kobieta, z którą zasadniczo nie da się w tej chwili przeprowadzić rozmowy? Bingo.

Jak dla mnie robi się z tego całkiem przyzwoite combo jak na historię, którą przez dziesięciolecia sprzedawaliśmy dzieciom jako wzór wielkiej miłości.

Oczywiście można powiedzieć: „Ale to tylko bajka". Tak. Tylko dlaczego nawet w bajce tak często romantyzowaliśmy sytuacje, w których kobiece granice są szczegółem fabularnym.

Bo ten motyw nie znika później z kultury. Zmienia tylko dekoracje.

Bestia ma bibliotekę, więc właściwie wszystko gra

A skoro już mówimy o granicach, nie sposób pominąć Pięknej i Bestii.

Zanim Bella zacznie ratować Bestię przed nim samym, jej syndrom ratowniczki przechodzi szybki test bojowy. Dziewczyna oddaje swoją wolność, by wykupić z niewoli ojca. Piękny gest? Oczywiście. Ale z punktu widzenia całej opowieści dostajemy klasyczny motyw: dobra kobieta udowadnia swoją wartość totalnym samopoświęceniem.

I z tej jednej roli Bella płynnie przechodzi w drugą – wchodzi do zamku Bestii na pełen etat emocjonalnej terapeutki. Bella zostaje tam wbrew swojej woli. Bestia jest agresywna, kontrolująca i niebezpieczna. Ale hej, ma bibliotekę. I różę. Poza tym jest smutny. Czego właściwie jeszcze oczekujesz od mężczyzny?

Cała historia opiera się przecież na zadziwiająco żywotnym przekonaniu, że właściwa kobieta potrafi odczarować potwora. Ona tylko musi być wystarczająco cierpliwa, empatyczna i wyrozumiała. Czyli dostajemy bajkową wersję „on jest trudny, ale przy mnie się zmieni". Co mogłoby pójść nie tak?

Wieża, w której trzymają cię z miłości

Jeśli Bestia pokazuje nam kontrolę, która krzyczy, to Roszpunka pokazuje kontrolę, która szepcze.

Nikt jej tam nie więzi z nienawiści. Więzi ją z miłości. Opiekunka Roszpunki nie jest agresywna, nie grozi, nie podnosi głosu – ona się „martwi”. Świat na zewnątrz jest niebezpieczny, ludzie są okrutni, a wieża to jedyne miejsce, gdzie dziewczynce nic złego się nie stanie. Brzmi znajomo? Powinno.

To właśnie czyni ten motyw bardziej niebezpiecznym niż zamek pełen róż – bo taką izolację dużo trudniej nazwać po imieniu, kiedy ktoś nazywa ją troską. Łatwo rozpoznać kontrolę, kiedy krzyczy i grozi. Trudniej, kiedy przynosi jedzenie, czesze włosy i powtarza, że robi to wszystko, bo kocha najbardziej na świecie. Roszpunka nie ma za bardzo z czym porównać swojej sytuacji – nie zna innego świata, więc nie ma punktu odniesienia, żeby stwierdzić, że coś jest nie tak.

I to jest chyba najbardziej niepokojący wariant tego schematu: bo tu ofiara przez większość historii nawet nie wie, że jest ofiarą.

Księżniczka jako nagroda

Ale bajki nie rozdają toksycznych ról tylko dziewczynkom.

Chłopcy też dostają własny zestaw instrukcji. Tyle że trochę inny. Bo on częściej działa: rusza w drogę, walczy, ratuje, zdobywa czy podejmuje decyzje. Dziewczynka częściej zostaje znaleziona, uratowana, obudzona, poślubiona albo zdobyta. Chłopiec dostaje miecz i problem do rozwiązania. Dziewczynka dostaje urodę, cierpliwość i instrukcję czekania.

Co więcej, kobieta sama bywa nagrodą. Bohater pokonuje smoka, przechodzi próbę, wykonuje zadanie, a gdzieś na końcu czeka księżniczka. Jak osiągnięcie do odblokowania.

Rzadziej zastanawiamy się, czy ona ma własne plany, zainteresowania albo chociaż zdanie w kwestii człowieka, któremu właśnie została przydzielona. Calineczka jest tutaj szczególnie wdzięcznym przykładem, bo wokół niej kolejni bohaterowie zastanawiają się, z kim powinna się związać, jakby sama zainteresowana była dekoracyjnym dodatkiem do własnej historii.

Czyli dziewczynka ma być wystarczająco piękna, żeby ją wybrano, a chłopiec wystarczająco skuteczny, żeby na nią zasłużyć.

Świetnie. Wszyscy dostali coś toksycznego. Równouprawnienie osiągnięte. Nie wiem, kto dzielił te zestawy startowe, ale dział HR bajkowej krainy miał bardzo konkretne poglądy na płeć.

Presja krystalicznego wybawiciela 

Żeby jednak nie było, że cały ten bajkowy dział zasobów ludzkich uwziął się wyłącznie na dziewczynki – chłopcy w tym układzie też dostają emocjonalny wycisk. Tylko inaczej zapakowany. 

Bohater od pierwszych stron dowiaduje się, że nie ma prawa do słabości, wahania, a już na pewno nie do chwytających za serce łez czy chwil zwątpienia. Ma być skuteczny, silny i bezdyskusyjnie wygrywający. A wartość w relacji nie zależy od tego, jakimi jest człowiekiem, czy potrafi słuchać albo budować bliskość, ale od tego, ile smoków potrafią posiekać po drodze i jaki status przyniósł im ten spektakularny wyczyn. 

Dostajesz księżniczkę nie za to, kim jesteś, ale za to, co zdobyłeś. A potem ten sam wzorzec odnajdujemy w świecie dorosłych, gdzie męska słabość nadal bywa traktowana jak porażka, a wartość mężczyzny mierzy się tym, co potrafi osiągnąć, zdobyć i udowodnić.

Najpiękniejsza ze wszystkich, czyli kobieta kontra kobieta

„Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?" Niby niewinne pytanie. Tylko cała tragedia zaczyna się właśnie od tego, że jedna kobieta przestaje być najpiękniejsza, bo pojawia się młodsza. Starsza kobieta zazdrości jej młodości i urody, bo pojawienie się młodszej oznacza utratę własnej pozycji. I nagle mamy bardzo znajomy układ: kobieca wartość zostaje związana z wyglądem, młodością i konkurencją z innymi kobietami. 

Bajki wyjątkowo sprawnie radzą sobie z zamienianiem starszych kobiet w wiedźmy, czarownice, jędze albo zazdrosne królowe, gdzie starzejący się król nadal jest królem a starzejąca się kobieta coraz częściej zaczyna podejrzanie kręcić się w pobliżu zatrutych jabłek.

Nie twierdzę, że każda baśń niesie świadomy komunikat: „kobieto, bój się zmarszczek". Tylko trudno nie oprzeć się dziwnemu wrażeniu, kiedy przez kolejne historie młodość i piękno są niemal moralną kategorią a kobieca starość regularnie zbliża się do czarnego charakteru.

A macocha znowu coś knuje

Osobną kategorią jest macocha. Kopciuszek ma złą macochę. Śnieżka ma złą macochę. W innych opowieściach również pojawia się kobieta, która wchodzi do istniejącej rodziny i niemal natychmiast zaczyna planować, jak uprzykrzyć dzieciom życie.

Ale najbardziej fascynuje mnie coś innego. Bajkowy ojciec ma niezwykłą supermoc: może sprowadzić do domu kobietę terroryzującą jego dziecko, a historia i tak znajdzie sposób, żebyśmy zapomnieli, że on tam w ogóle mieszka.

Czasami umiera, co rzeczywiście komplikuje możliwość interwencji. Ale czasami po prostu istnieje gdzieś na marginesie fabuły, podczas gdy cała odpowiedzialność za rodzinne piekło zostaje skupiona na kobiecie.

Zła macocha staje się potworem. Bierny ojciec zostaje… ojcem.

I po raz kolejny kobieta staje przeciwko kobiecie, podczas gdy mężczyzna w cudowny sposób wypada z pola moralnej odpowiedzialności.

Macocha w bajkach ma naprawdę fatalny PR.

Dziecko jako waluta

Skoro już jesteśmy przy bajkowych rodzicach, Rumplestiltskin dorzuca do tego zestawu jeszcze jeden ciekawy pomysł: cudzym życiem można całkiem swobodnie handlować.

Ojciec wystawia córkę na niebezpieczeństwo własnymi przechwałkami, król widzi w niej przede wszystkim sposób na zdobycie złota, a tajemniczy pomocnik ostatecznie żąda w zamian jej przyszłego dziecka. Czyli córka staje się narzędziem do zdobycia pozycji i bogactwa, a dziecko kolejnym przedmiotem transakcji.

Osobliwe jest chyba to, jak niewiele do powiedzenia mają tutaj osoby, których życie właśnie staje się przedmiotem cudzych negocjacji. Bajkowa wersja zasady: skoro mam nad tobą władzę, najwyraźniej mogę też zdecydować, ile jesteś wart. A konsekwencje ponoś ty.

Imponujący poziom poszanowania autonomii i wartości relacji rodzinnych.

A po ślubie… no właśnie, co? 

Zauważyliście zresztą, że bajki kończą się dokładnie tam, gdzie w prawdziwym życiu zaczyna się cała praca? „Żyli długo i szczęśliwie” to najwygodniejszy skrót myślowy w historii literatury. Nie dowiadujemy się, jak Śnieżka i książę dogadują się w kwestii podziału obowiązków domowych, ani jak Kopciuszek przepracowuje z partnerem fakt, że ten zidentyfikował ją po rozmiarze stopy, a nie po rysach twarzy czy rozmowie. 

Partnerstwo? Komunikacja i rozwiązywanie konfliktów? Po co. Relacja w tym świecie jest jak wygrana na loterii: wystarczy nagły błysk, magiczny pocałunek albo odczarowanie potwora, a reszta ma się zrobić sama. W efekcie dorastamy w przekonaniu, że prawdziwa miłość po prostu „jest” a jeśli pojawiają się trudności, to pewnie trafiliśmy na złego księcia albo niewłaściwy zamek.

A teraz umrzyj pięknie

Jest jeszcze Dziewczynka z zapałkami. Dziewczynka stoi zimą na ulicy, sprzedaje zapałki, marznie, głoduje, a potem umiera. Wszystko kończy się niemal pocieszeniem: dziewczynka trafia do lepszego świata, do swojej babci, do miejsca, gdzie nie będzie już głodna ani zmarznięta.

Czyli społeczeństwo zawiodło dziecko, dziecko umarło, ale spokojnie, metafizyka posprzątała bałagan. A my mamy się wzruszyć.

To jedna z tych historii, którą przez wiele lat pamiętałam jako bardzo smutną. Ale od niedawna zastanawia mnie coś innego - gdzie byli wszyscy ludzie? Dlaczego żaden dorosły nie zrobił niczego, żeby ono nie cierpiało? I w końcu, dlaczego cierpienie staje się uszlachetniające, śmierć wyzwalająca, a pomoc ze strony żywych jakby przestaje być najważniejszym pytaniem?


Nie chodzi mi o to, żeby teraz urządzić wielkie czyszczenie półek, wrzucić Andersena i braci Grimm do symbolicznego ogniska, a następnie przepisywać każdą bajkę tak, żeby wszyscy bohaterowie mieli prawidłowo wyznaczone granice, chodzili na terapię i przed pocałunkiem podpisywali formularz świadomej zgody.

Bajki są częścią kultury. Pokazują świat, z którego wyrosły. Jego lęki, normy, wyobrażenia o płci, rodzinie, miłości, dobru i złu. I właśnie dlatego są ciekawe. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy traktować je jak opowieści z określonego czasu i zaczynamy podawać ich schematy jako neutralną prawdę o ludziach i relacjach.

A można przecież przeczytać Piękną i Bestię i powiedzieć: „Swoją drogą, zamykanie kogoś w zamku nie staje się romantyczne tylko dlatego, że zamek ma bibliotekę". Można przeczytać Śpiącą Królewnę i porozmawiać o zgodzie. Można zapytać, dlaczego książęta zawsze ratują, a księżniczki tak często czekają. Można zapytać, dlaczego starsza kobieta tak często jest wiedźmą, złą macochą a ojciec tylko nieobecny. I w końcu, dlaczego cierpienie ma świadczyć o dobroci. Wydaje mi się, że tak przedstawiona bajka zaczyna rozwijać wyobraźnię. Nie wtedy, kiedy dziecko bezrefleksyjnie przyjmuje „żyli długo i szczęśliwie", ale wtedy, kiedy zaczyna się zastanawiać: „Chwileczkę. A dlaczego właściwie tak?"

Komentarze

SARKAZM KONTROLOWANY

ZAWODOWE OSOBLIWOŚCI